Historia kołem się toczy – tylko kto wyciąga wnioski?

Historia kołem się toczy – niby banalne sformułowanie, ale nie do końca. W historii było już tyle mądrych osób, tak wiele słusznych wniosków zostało sformułowanych, mimo to, ani ludzie, ani politycy tej wiedzy nie wykorzystują. Albo gorzej – nie zdają sobie sprawy, że takie sytuacje i takie dylematy już się w przeszłości wydarzyły. Mamy jakąś taką tendencję do traktowania swoich problemów, jako jedynych w swoim rodzaju, wyjątkowych, nie szukając przy tym wzorców i podobieństw z innymi problemami. Gdybyśmy to robili, być może zaoszczędzilibyśmy sobie wiele nieprzyjemności.

Cytaty na dziś są dwa – jeden, po raz kolejny z książki o Margaret Thatcher, być może odpowie na pytanie, co premier Wielkiej Brytanii sądziłaby o programie 500+ oferowanym przez polski rząd. Drugi cytat z książki V. Blasco Ibaneza „Czterech jeźdźców Apokalipsy” będzie o niespokojnych czasach poprzedzających I wojnę światową. Czy wojna wybuchnie, czy nie wybuchnie? Czy nie i my zadajemy sobie czasem takie pytanie, patrząc na to, co się dzieje na świecie? Czy historia kołem się toczy, czy jednak nie?

Ale najpierw Margaret Thatcher

Biedni zasługujący i niezasługujący na pomoc – jak ich rozróżnić? Książka Margaret Thatcher „The Downing Street Years” po raz kolejny okazała się skarbnicą wiedzy i mądrości. Taki oto fragment kazał mi się na chwilę zatrzymać i zastanowić:

[About Victorians] „They distinguished between the ‚deserving’ and the ‚undeserving poor’. Both groups should be given help: but it must be help of very different kinds if public spending is not just going to reinforce the dependency culture. The problem with our welfare state was that – perhaps to some degree inevitably – we have failed to remember that distinction and so we provided the same ‚help’ to those who had genuinely fallen into difficulties and needed some support till they could get out of them, as to those who had simply lost the will or habit of work and self-improvement. The purpose of help must not be to allow peole merely to live a half-life, but to restore their self-discipline and through that their self-esteem””.

Długi fragment, wiem. Opowiada on o wiktoriańskich wartościach, dla których Margaret Thatcher miała wiele szacunku. Tłumacząc:

„W epoce wiktoriańskiej udało się rozróżnić pomiędzy biednymi „zasługującymi” i „niezasługującymi” na pomoc. Obie grupy powinny ją otrzymać, ale musi to być pomoc innego rodzaju. Publicznie pieniądze nie mogą rozwijać kultury zależności. Problemem państwa opiekuńczego – być może w jakimś stopniu nieuniknionym – jest to, że przestaliśmy pamiętać o tej różnicy i zapewniliśmy tę samą ‚pomoc’ tym, którzy rzeczywiście znaleźli się trudnej sytuacji i potrzebują wsparcia zanim uda im się z niej wyjść, jak i tym, którzy po porostu strawili chęć oraz nawyk pracy i samorozwoju. Celem pomocy nie może być umożliwienie ludziom życie połową życia, ale przywrócenie im samodyscypliny, a przez to także poczucia własnej wartości”.

Biedni zasługujący i niezasługujący na pomoc

Jak dla mnie nic dodać, nic ująć. Czytając ten fragment pomyślałam o dobrodziejstwach i przekleństwach programu „500 plus”. Zdania co do jego sensu są podzielone. Idea może i słuszna, ale teraz, w oparciu o powyższy cytat, można się zastanowić, czy wspiera on bardziej tę pierwszą, czy tę drugą kategorię ludzi potrzebujących. Czy korzystają na nim biedni zasługujący i niezasługujący na pomoc? Ludzie niezasługujący, to ci, którzy wydają otrzymane pieniądze na alkohol, papierosy, hazard, zamiast na dzieci. Pieniądz w tym przypadku nie przywraca ani chęci do pracy, ani do samorozwoju. Jakie rozwiązanie byłoby lepsze? Czy samo fakturowanie zakupów na dzieci pomogłoby zahamować ten proceder? Myślę, że zahamować nie, ale ograniczyć już na pewno tak. Podobnie kwesta się ma z zasiłkami. Ilu osobom one pomagają, to pomagają. A w ilu przypadkach te pieniądze tylko rozleniwiają, zapewniają chwilową poprawę pozycji zamiast zachęcić do rozwoju umiejętności, co w dalszej perspektywie mogłoby zaowocować lepszą pracą?? W ilu przypadkach zasiłek jest celem samym w sobie?

historia kołem się toczy - alkoholizm, patologia, 500+

Zastanawiające jest dla mnie to, jak wiele problemów było, jest i będzie. Jak wiele doświadczeń i metod rozwiązań można znaleźć w przeszłości, tylko my ludzie, mamy jakąś dziwną niechęć do uczenia się na błędach innych i wyciągania wniosków. Ot, Polak mądry po szkodzie (od razu ciekawostka – po angielsku to: Wise after the event. Chociaż tyle mądrego z tych moich filozoficznych rozkmin :)).

Część II

Ale wracając do tego, że historia kołem się toczy. Wojna jest rzeczą straszną – wiemy o tym chyba wszyscy. Z drugiej strony, czasem się zastanawiam, po co ludziom wojna teraz? Postęp w dziedzinie militariów jest olbrzymi – w każdej chwili ktoś na świecie może wcisnąć czerwony guziczek (w sumie dlaczego nie różowy, albo niebieski? Dlaczego ten guzik zawsze musi być czerwony?) i wszystko wyleci w cholerę. Bomby atomowe, broń chemiczna, biologiczna – możliwości jest mnóstwo. Ale po co? Po co rozwalać infrastrukturę, po co niszczyć w tak niszczycielski sposób? W imię czego? Dostępu do surowców? Czy koszt poniesionych szkód i wyłożonych pieniędzy nie jest zbyt duży? Kiedyś, gdy Aleksander Wielki chciał być wielki, nie miał innych perspektyw zdobycia szacunku i uznania, to rozumiem podbój, zwycięstwo, walkę wielkich armii z bronią w ręku i z realnym, żywym (jeszcze) i namacalnym przeciwnikiem. Ale teraz?

historia kołem się toczy, broń biologiczna, chemiczna

„Czterech jeźdźców Apokalipsy”

I tak się zastanawiałam kiedyś nad tą wojną. Częściowo pisząc inne posty (np. Kościół a wojna) i czytając inne książki. Częściowo przeglądając wiadomości ze świata, bardzo często po rozmowach ze znajomymi – o wojnie na Ukrainie, o uchodźcach, Iraku, Afganistanie. I potem biorę w łapę książkę V. Blasco Ibaneza z 1916 roku i znajduję taki cytat:

Pierwszym uczuciem starego Desnoyers’a było zdziwienie, gdy przekonał się, że wojna jest nieunikniona. Ludzkość zwariowała. Byłaż możliwa wojna przy tylu kolejach żelaznych, tylu okrętach handlowych, tylu maszynach, takiej działalności, rozwiniętej na powierzchni ziemi i w jej wnętrzu? Narody zrujnują się na zawsze.

Przypadek? Nie sądzę. Takie było stanowisko ludzi sprzed stu lat – „wojna w tych czasach jest niemożliwa”. A od tamtego czasu była przecież jeszcze II wojna światowa (niektórzy twierdzą, że i trzecia też). Ale jak to jest możliwe, że w tych czasach…? To jest właśnie kolejny wniosek – mierzenie ludzi swoją miarą nie zawsze popłaca. Ja uważam, że wojna jest bez sensu, więc dlaczego nie uważają tak inni? No właśnie. Dobre pytanie – jak ktoś spotka Putina czy innych Gargameli to spytajcie się ich ode mnie, dobra?

Historia kołem się toczy

Pesymistyczne wydaje mi się również to, że my teraz też (choć może nie wszyscy), podzielamy to przekonanie, że wojny nie będzie. I w ogóle nie jesteśmy na nią gotowi. Kto z Was wie, gdzie jest jakiś schron, żeby się schować w razie nalotu i bombardowania? Kto umie się zachować w przypadku ataku terrorystycznego – jak się chronić i gdzie? Kto wie, gdzie są wyjścia ewakuacyjne idąc do galerii handlowej czy na jakiś koncert? Jak się skomunikować z przyjaciółmi, znajomymi i rodziną, gdyby nam ktoś odciął zasięg komórkowy i internetowy? Pamiętacie ten chaos, gdy przez jakąś godzinę, po katastrofie smoleńskiej nie było zasięgu telefonicznego? Na ile wystarczy Wam jedzenia – kiedyś ludzie mieli chociaż pola uprawne, zboże, itp. A teraz?

Z drugiej strony, czy w przypadku tego zielonego guziczka to miałoby jakieś znaczenie?

Historia kołem się toczy, albo koło zatoczyło okrąg, jak mawiała Violetta Kubasińska z Brzyduli (przez fał i dwa te). Oby teraz tak nie było. Z drugiej strony – wyciągnięcie wniosków, chociażby o tych czasach wiktoriańskich w Anglii omawianych przez Margaret Thatcher i ujrzeniu tych samych obaw, które ja mam, w wypowiedzi człowieka sprzed stu lat, pozwalają (mi przynajmniej) po raz kolejny spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.