Postanowienie noworoczne – jak je zrobić, żeby było dobrze

Postanowienie noworoczne to fraza-pułapka. Każdy o niej słyszał i większość ludzi albo po prostu ich nie robi, albo ich nienawidzi. Inni wymyślą kilka celów i – choć mają lepsze lub gorsze wspomnienia z nimi związane – to i tak postanawiają, że w tym roku to już na pewno uda im się je zrealizować.  Warto się jednak zastanowić, dlaczego nie udało nam się poprzednim razem?

Czas jest całkiem dobry, bo zaczął się luty, mamy już za sobą kilka tygodni Nowego Roku a i na pewno wiele już się w naszym życiu wydarzyło od 1. stycznia. Ciekawa jestem, ile osób, które coś postanawiały (w skrytości ducha czy też mniej lub bardziej publicznie) wciąż stara się realizować swoje założenia. Tak, to jest ten moment, żebyście się zastanowili nad sobą, zanim przewiniecie dalej 🙂

Okej, jak się domyślam, mało kto się zatrzymał, żeby zrobić rachunek sumienia 🙂 Mam nadzieję, że zrobicie to później. Teraz chciałabym wymienić kilka – moim zdaniem – najczęstszych powodów, dla których nie realizujemy postanowień (nie tylko noworocznych, także tych „od jutra”, czy „od poniedziałku”).

Uważam, że po prostu dlatego, że nam się nie chce. Powiecie – ŁAŁ, to żeś Daria powiedziała 🙂 Ale taka jest prawda i co więcej, myślę, że można to naukowo uzasadnić powołując się na zasady termodynamiki, które mówią, że wszystko w przyrodzie dąży do minimum energii i do maksimum nieuporządkowania (wiem, jadę po bandzie, ale trudno, Politechnika zobowiązuje :)). W każdym razie – każdy z nas jest przyzwyczajony do pewnego komfortu życia, mamy ustalone nawyki, np. co jemy na śniadanie, które programy w telewizji oglądamy, jakie książki dostarczają nam rozrywki, czy uprawiamy sport, czy też nie. To jest nasze minimum energii. Zmiana tych nawyków wiąże się z pewnym wysiłkiem, na który nie jesteśmy przygotowani. No, ale kurde, przecież CHCEMY te cele zrealizować! Chcemy nauczyć się języków, chcemy schudnąć albo przynajmniej czuć się sprawniej i zdrowiej, wiemy, że fajnie byłoby podróżować, więcej czytać, zapisać się na kurs tańca! Jak to zrobić, żeby nam się chciało?

Trzeba to po prostu dobrze przemyśleć, uzasadnić i zaplanować. Tutaj znowu pewnie niektórym zapaliła się czerwona lampka – trzeba uciekać. Nie wiem, dlaczego ludzie mają taką awersję do planowania (swoją drogą śmieszy mnie jak piszę: „ludzie”. Jakbym to z perspektywy zwierzęcia pisała :)).

Cel vs. marzenie

Plan to podstawowa różnica pomiędzy celem a marzeniem. W końcu jak mawiał Napoleon Hill:

Cel to marzenie z datą realizacji.

Gdy Twoje postanowienie noworoczne to: „Schudnę” to zapewne nie na długo wystarczy Ci zapału, bo samo „schudnę” jest za mało konkretne. Aby się samemu zmobilizować trzeba ustawić sobie jakiś termin i punkty kontrolne, np. „do końca 2017 roku osiągnę wagę x kg”, albo „do rozpoczęcia wakacji zmieszczę się w ten strój kąpielowy z zeszłego roku”. To są bardziej konkretne cele. Najlepiej sobie je jeszcze zapisać – w wyraźnym miejscu i na różne sposoby. Nie wiem czy Wy też tak macie, że jak ustawicie sobie motywującą tapetę w telefonie czy na komputerze to po pewnym czasie przestajecie nawet dostrzegać to, co tam jest napisane. Dlatego motywujące tapety (ponad 100 różnych) zmieniają się na moim komputerze co minutę w losowy sposób. Dzięki temu zaskakują mnie i zatrzymują na pewien czas. Czytam wtedy to, co jest na nich napisane i zawsze już mi trudniej odkładać robienie czegoś konstruktywnego na później. Polecam tę metodę 🙂

Motywacja

Poza zapisaniem celu z datą polecam jeszcze się zastanowić nad konsekwencjami nie zrealizowania danego celu. Załóżmy, że chcesz się nauczyć języka angielskiego do wakacji, ponieważ wyjeżdżasz wtedy na trzy miesiące w delegację do Anglii. Odpowiedz sobie na pytania: Co się stanie, jeśli się nie nauczę tego angielskiego? (np. nie będę potrafić się dogadać, nie zrozumiem poleceń, nie nawiążę znajomości). Jak będę się wtedy czuć? (np. jak kretyn, będzie mi brakowało pewności siebie, będę się czuć samotny(a), rozczarowany(a) sobą). Ile mnie to będzie kosztować? (np. wyrzucą mnie po miesiącu i będę musiała wrócić wcześniej do domu z poczuciem klęski. Nie zdobędę wiedzy i umiejętności, które pozwoliłyby mi na awans i podwyżkę. Wyleją mnie z roboty. Wpadnę w depresję).

I co, dalej nie chce Ci się uczyć słówek?

Może Wam się wydawać, że po takich słowach to raczej można doła złapać a nie – motywację do działania. Prawda jest jednak taka, że większość z nas podświadomie lub świadomie zrobi więcej, żeby uniknąć cierpienia i przykrości, niż żeby coś zyskać. Ale z racji tego, że każdy z nas jest inny, to dodaję dodatkowe pytania, tym razem z kategorii „marchewki”: Co się stanie jeśli uda Ci się zrealizować cel? (nauczę się angielskiego, świetnie sobie poradzę za granicę, nabiorę pewności siebie). Jak będę się z tym czuć? (będę szczęśliwsza, uwierzę, że mogę iść do przodu, rozwijać się i uczyć nowych rzeczy, że mam potencjał). Co zyskam? (poza rozwojem osobistym i dodatkową kwalifikacją, dzięki świetnej pracy za granicą zyskasz nowe kontakty i możliwości zawodowe, nowe doświadczenia i świeże spojrzenie).

Postanowienie noworoczne

Każdemu z Was polecam teraz wybrać sobie jeden ze swoich celów i przerobienie go w podany sposób – to ma być Twój cel, Twoje skryte i długo odkładane marzenie. Odpowiedz sobie na te pytania i najlepiej zapisuj odpowiedzi. Znajdź jak najwięcej powodów, dla których chcesz to zrobić. Przekonaj samą lub samego siebie, że warto podjąć działanie i spełnić swoje marzenia. Zrób więc z nich cele i zrealizuj je :). Nie czekaj na początek 2018 roku, żeby zdefiniować nowe, lepsze postanowienie noworoczne 🙂 Szkoda czasu.

PS. Polecam przeczytać dwie rewelacyjne książki, z których do tej pory czerpałam i na pewno jeszcze będę czerpać garściami: „Zasady Canfielda” autorstwa Jacka Canfielda i „Obudź w sobie olbrzyma” Anthony’ego Robbinsa. Są to najlepsze książki z rozwoju osobistego, które jak dotychczas przeczytałam (a przeczytałam całkiem sporo :)).

PPS. Zachęcam do dyskusji na ten temat, albo podzielcie się ze mną tymi celami. Tylko dobrze się nad tym zastanówcie – na pewno będę Wam je później wypominać, a zawsze przed kimś trudniej przyznać się do nicnierobienia 🙂